Skip to content

Ludzkie pielęgniarstwo

W moim osobistym odczuciu pielęgniarstwo jest czymś co łączy świat chorych ze światem zdrowych. Coś na zasadzie łącznika pacjenta z normalnością, z naturalnymi ludzkimi, codziennymi odruchami. Wykonując ten zawód mam świadomość, że muszę być profesjonalistą w tym czym się zajmuję – pielęgniarka, czy pielęgniarz to nie przypadkowe osoby zebrane z przystanku autobusowego, bo akurat nie miały co ze sobą zrobić. Idąc tym tokiem myślenia pielęgniarstwo nie jest powołaniem z potrzeby serca, a pielegniarka nie wykonuje coś przy pacjencie, co akurat serce jej podpowiada. Profesjonalne pielęgniarstwo nie jest też służbą, ale opartym na wiedzy i doświadczeniu zawodem, za który otrzymuje się wynagrodzenie, a nie dach nad głową i skórkę chleba lub coś co spadnie z pańskiego stołu. Z całego personelu medycznego to własnie pielęgniarki i pielęgniarze (oraz położne) są bezpośrednio najbliżej pacjenta, to własnie ta grupa czuwa nad tym, żeby zareagować w tym właściwym czasie bez zbędnego opóźnienia i to właśnie ta grupa jest odpowiedzialna za ocenę stanu pacjenta co jest dalej raportowane do pozostałych zaangarzowanych w proces terapeutyczny grup medyków (lekarzy, fizjoterapeutów, diagnostów itp.). To co bowiem odróżnia pielęgniarstwo (z nielicznymi wyjątkami) od innych grup medyków jest ciągłość sprawowania opieki, obserwacji i ewaluacji, a nie jedynie działanie zadaniowe (jak np. ratownicy medyczni), czy układowe (jak np. lekarze) – mówiąc w dużym uproszczeniu.

Dlaczego jednak pielęgniarstwo czy raczej zachowania w pielęgniarstwie powinny być ludzkie, cechujące się empatią? To dobre pytanie, zwłaszcza mając gdzieś z tyłu głowy obraz wypalonej zawodowo pielęgniarki zwracającej się do pacjenta bezosobowo, odczłowieczając go w swoim postępowaniu. “Usiądzię, odsłoni pośladek.” I nagle bach, ukłucie i uczucie nagłego pieczenia, a potem tylko gazik przytknięty niedbale jednym palcem. Albo przykład z mojego anestezjologicznego podwórka, pielegniarki anestezjologicznej zakładającej pacjentowi wenflon mechanicznie, bez słowa, jakby miała do czynienia z fantomem z sali ćwiczeń. A gdzie podziała się rozmowa z pacjentem, wyjaśnienie co i dlaczego będzie wykonywane? A co z uściskiem ręki i przedstawieniem się,z kim tak naprawdę pacjent bedzie miał możliwość wlasnie rozmawiać, z pielęgniarzem, a może lekarzem czy ratownikiem? A może to pan sanitariusz który ma jedynie przetransportować pacjenta z sali chorych na blok operacyjny?

Nie tak dawno rozmawiając z moją żoną o jej pracy na intensywnej terapii, dało mi do myślenia jej opis pielęgnacji nieprzytomnego pacjenta. Mianowicie, pacjent w pełnej sedacji, podłaczony do respiratora, na oddechu kontrolowanym ma mieć wykonaną toaletę jamy ustnej. Pielęgniarka intensywna podchodząc do łóżka tego pacjenta (mimo tego, że pacjent jest w sedacji i bez kontaktu) przedstawia się, a następnie krótko mówi co bedzie za chwilę robić. Dlaczego tak? Nie pamiętam z pracy na OIOMie w Polsce żeby ktokolwiek tak postępował. Pytam więc żonę, dlaczego. Jej odpowiedź po części mnie zaskoczyła, a po części zawstydziła. Bo ten pacjent jest człowiekiem i trzeba traktować go po ludzku. No tak – pomyślałem – moje zadaniowe pielęgniarstwo anestezjologiczne nie dostarcza mi takich sytuacji, bo przecież w trakcie znieczulenia ogólnego człowiek znajduje się we śnie anestetycznym, wiem jakie mechanizmy zachodzą na poziomie neurologicznym i wiem, że ten człowiek wówczas mnie nie słyszy. Jednak zaraz przyszły mi na myśl sytuacje ze znieczuleniem podpajeczynowkowym gdzie potrafię cały zabieg przegadać z pacjentem, bo on właśnie tej rozmowy wtedy potrzebuje, albo moje pierwsze spotkanie z pacjentem do zabiegu w śluzie gdzie się przedstawia i po krótce mówię co i jak bedzie się zaraz działo. Po co to robię? W jakim celu pielęgniarki uczone są własnie takich zachowań? (Bardzo duży nacisk kładzie się na to na studiach pielęgniarskich w Norwegii.) Bo człowiek zwłaszcza chory potrzebuje bardziej niż czegokolwiek innego ludzkich zachowań osób które go otaczają, a w szpitalu najczęściej jest to wlasnie personel pielegniarski.

Trudno jednak wymagać od kogoś, żeby innych traktował z należytym szacunkiem, podczas kiedy sam nie jest szanowany. Pamiętam, z mojej kariery w ZRM w Polsce taką nieprzyjemną sytuację, gdy przywiozłem pacjenta na oddział naczyniowy z podejrzeniem zakrzepicy kończyny dolnej. Lekarz naczyniowiec nie pofatygował się na Izbę Przyjęć, a jedynie przyjął ode mnie raport o pacjencie telefonicznie. Oczywiście nasłuchałem się, że żeby ocenić czy pacjent ma zakrzepicę to trzeba być lekarzem, że to pacjent nie do nich itd. Na koniec jednak odkładają słuchawkę lekarz rzucił: Co mi się tu będzie sanitariusz mądrował. No tak. Nic dodać, nic ująć. Można wziąć torbę i jechać do domu. Jak więc, ja mam być miły i uśmiechnięty do pacjentów i lekarzy jeśli sam jestem tak traktowany? Czy nie można by było być po prostu neutralnym, bo przecież miłości od nikogo nie wymagam.

Mineło wiele lat, pracuję w Norwegii na bloku, wchodze na zabieg. Za chwilę będę wprowadzał pacjenta do znieczulenia z koleżanką pielęgniarką, a za nami stoi jakiś face (widać, że na “gościnnych występach”). Stoi, to niech stoi – nie przedstawił się, jego sprawa. No ale, pacjent już wprowadzony do znieczulenia, koleżanka wyszła, zabieg w toku, a ten dalej tam stoi. No nie dało mi to spokoju, podszedłem do niego i pytam kim jest i co tu robi (domyślam się, że pewnie jakiś stażysta). A on – bardzo grzecznie – mówi mi, że jest lekarzem specjalistą z innego szpitala i jest na hospitacji. OK, rozumiem, to dlaczego nie podejdziesz bliżej, zapytałem. Na co on: To jest Twoje stanowisko pracy i nie chciałem Ci przeszkadzać, ani wchodzić w drogę. Dziękuję, ale teraz akurat nic przy pacjencie nie robię, więc możesz podejść bliżej, zaproponowałem, z czego on skorzystał. Było miło, z wzajemnym szacunkiem, bez nadymania się i pokazywania kto kim jest. I zawsze tak jest, z kolegami lekarzami jestem na Ty, na plakietce nikt nie ma wypisanych tytułów a jedynie funkcję i nazwisko. Często pojawiają się bezinteresowne uśmiechu jako wyraz wzajemnej sympatii, a nie drwin. Jest tak… normalnie.

Lubię moją pracę. Pielęgniarstwo daje mi możliwość bycia blisko ludzi, wspierania ich, dodawania otuchy w trudnych dla nich chwilach życia. Szanuję moich pacjentów i traktuję ich jak ludzi, opisując co będę robił, albo co będzie się działo. Jednocześnie też, szanuję siebie. Przedstawiam się, mowię kim jestem i prezentuję swoją profesjonalną postawę wobec pacjenta. Dokształcam się, czytam, żeby móc czuć się pewnie w tym co robię, a jednoczesnie zeby koje działania były bezpieczne i odpowiedzialne. Jestem też szanowany – tak to odczuwam. Moja praca jest dobrze płatna, osoby z którymi pracuję okazują mi szacunek, a atmosfera w pracy jest przyjemna. Pacjenci na informację, że właśnie wita się z nimi pielęgniarz anestezjologiczny obdarzają mnie zaufaniem. Pielęgniarstwo w którym obecnie pracuje ma ludzkie oblicze, jest takie normalne, takie za którym możnaby tęsknić.

4 komentarze

  1. Halina Halina

    Zgadzam się z przedmówcami. Niestety pracownicy służby zdrowia na czas wykonywanych obowiązków nie stają się inna wersja siebie. Przykre jest to że kiedy zwraca się uwagę na takie sytuacje koleżankom i kolegom to spotyka się to że zdziwieniem. Chociaż sami chcieliby być dobrze potraktowani. Podwójna moralność, podwójne standardy.

  2. Dorota Mandecka-Srebnicka Dorota Mandecka-Srebnicka

    Przykro mi że nie spotkałeś się z traktowaniem pacjentów na OIT w sposób ludzki w Polsce, ale pragnę Ci powiedzieć że to też się zmieniło – w każdym razie tam gdzie pracowałam i pracuję. Przedstawiam się ja, moje koleżanki, staramy się jak najwięcej z chorymi rozmawiać, choćby o dupie maryni – nigdy nie wiemy czy ktoś nas nie słyszy a każdy lubi być traktowany podmiotowo 😉

  3. Ela Ela

    Dziękuje za ten wpis. Tylko tak bardzo przykro, ze nikt tu w Polsce nikt tego nie przestrzega.. a jak ktoś młodszy chce tak postąpić, to starsze koleżanki nas tępią, bo nie ma czasu…

  4. Dominika P (unsightly) Dominika P (unsightly)

    Przypomina mi to sytuację z oddziału patologii wczesnej ciąży i zabiegów łyżeczkowania, gdzie lekarze nie powstrzymywali się od obleśnych komentarzy do pacjentek kiedy one dopiero zasypiały… Nie tylko lekarze faceci. Nikt się nie przedstawiał, nie mówił co będzie robione a kobiety z wielkim przerażeniem leżały i obserwowały wszystko jakby z boku, a jednak to był ICH zabieg. Później po zabiegu nikt do nich nie szedł, o niczym nie informował. Leżały same na sali we dwie, trzy, nadal przestraszone i w niewiedzy, jak i czy wszystko poszło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.